
![]() Zostaw swój znak w Księdze Heliopolis ![]() Gdybyś chciał napisać - kliknij tutaj ![]() ![]() 1. Madonna 2. Annie Lennox 3. Ella Fitzgerald 4. Dusty Springfield 5. Cher 6. Billie Holiday 7. Liza Minelli 8. Kate Bush 9. Róisín Murphy 10. Sade 1. Tarkan 2. Prince 3. Jeff Buckley 4. Frank Sinatra 5. Morten Harket 6. Seal 7. Gibonni 8. George Michael 9. Mika 10. Lenny Kravitz 1. The Doors 2. Ash 3. a-ha 4. INXS 5. Type O'Negative 6. Mansun 7. Faith no More 8. The Hollies 9. Air 10. Pearl Jam 1. An American prayer The Doors 2. Erotica Madonna 3. Grace Jeff Buckley 4. Mustangoo Jean-Louis Murat 5. Diva Annie Lennox 6. Lilith Jean-Louis Murat 7. Parade Prince 8. L'autre... Mylene Farmer 9. Judi, zviri i bestimje Gibonni 10. Life in cartoon motion Mika 1. Riders on the storm The Doors 2. Stairway to heaven Led Zeppelin 3. Savoir aimer Florent Pagny 4. Secret garden Madonna 5. Приезжай Ałła Pugacheva 6. Estranged Guns'n'Roses 7. Grace Jeff Buckley 8. Cry me a river Julie London 9. You made me a thief of your heart Siead O'Connor 10. King for a day Faith no More 1. Drive (R.E.M.) 2. Taste it (INXS) 3. Numbskull (Ash) 4. Bedtime story (Madonna) 5. Strange world (Ke') 6. Libertine/Douces (Mylene Farmer) 7. Bethoveen (Eurythmics) 8. Chatelet - Les Halles (Florent Pagny) 9. Sweet harmony (Beloved) 10. Un point c'est toi(Zazie) 1. Anna Maria Jopek 2. Bajm 3. Edyta Bartosiewicz 4. Robert Gawliński & Wilki 5. Edyta Górniak 6. Kayah 7. Maryla Rodowicz 8. Robert Janowski 9. Maanam 10. Tomek Makowiecki 1. Tatuaż Edyta Bartosiewicz 2. Małpa i ja Bajm 3. Korowód Marek Grechuta & Anawa 4. Szepty i łzy Anna Maria Jopek 5. Szał niebieskich ciał Maanam 6. A gdzie to siódme morze Maryla Rodowicz 7. Tych lat nie odda nikt Irena Santor 8. Jeden raz odwiedzamy świat Wilki 9. Tylko mnie poproś do tańca Anna Jantar 10. Pod Papugami Czesław Niemen 1. Jean-Louis Murat 2. Mylene Farmer 3. Pascal Obispo 4. Patricia Kaas 5. Florent Pagny 6. Zazie 7. Guesch Patti 8. Calogero 9. Doriand 10. Nina Morato 1. Алла Пугачева 2. Дима Билан 3. Линда 4. Витас 5. БИ-2 6. Земфира 7. Кристина Орбакайте 8. Надежда Кадышева & Золотое Кольцо 9. Тату 10. Гости из Будущего 1. Re-Invention Tour (Paryż) Madonna 2. Izbrannoje (Karlsruhe) Ałła Pugacheva 3. Avant que l'ombre... a Bercy (Paryż) Mylene Farmer 4. Minor earth major sky tour (Berlin) a-ha 5. Drowned world tour (Berlin) Madonna 6. Statues tour (Warszawa) Moloko 7. Live... In Cartoon Motion (Berlin) Mika 8. Live in Brixton Academy (London) Madonna 9. Trilogy (Berlin) The Cure 10. Millesime tour (Lyon) Pascal Obispo 1. Meryl Streep (Diabeł ubiera się u Prady) 2. Julia Roberts (Erin Brockovich) 3. Nicole Kidman (Inni) 4. Sandra Bullock (Miss Agent) 5. Melanie Griffith (Pracująca dziewczyna) 6. Judie Foster (The contact) 7. Betty Midler (Plaże) 8. Helena Bonham Carter (Pokój z widokiem) 9. Whoopi Goldberg (Duch) 10. Diane Keaton (Lepiej późno niż później) 1. Johnny Depp (Piraci z Karaibów) 2. Ewan McGregor (Pillow book) 3. Julian Sands (Pokój z widokiem) 4. Brad Pitt (Fight Club) 5. Matthew McConaughey (Czas zabijania) 6. Keanu Reeves (Moje własne Idaho) 7. Jack Nicholson (Lepiej być nie może) 8. Ethan Hawke (Przed wschodem słońca) 9. Ian Somerhalder (Żyć szybko, umrzeć młodo) 10. Thomas Jane (The velocity of Gary) 1. Pokój z widokiem 2. Priscilla, królowa pustyni 3. Amelia 4. Królestwo Niebieskie 5. Władca Pierścieni - trylogia 6. Tajemnica morderstwa na Manhattanie 7. Moje własne Idaho 8. Czekolada 9. Notting Hill 10. Pracująca dziewczyna 1. Woody Allen (Tajemnica morderstwa na Manhattanie) 2. James Ivory (Pokój z widokiem) 3. Robert Zameckis (Powrót do przyszłości) 4. Steven Spielberg (Indiana Jones - trylogia) 5. Stanisław Bareja (Miś) 6. George Lucas (Gwiezdne wojny) 7. Ridley Scott (Thelma & Louise) 8. Mike Nichols (Pracująca dziewczyna) 9. Gus Van Sant (Moje własne Idaho) 10. Peter Greenaway (Pillow book) 1. Ja, Klaudiusz... Robert Graves 2. Przygody dobrego wojaka Szwejka Jaroslav Hasek 3. Całe zdanie nieboszczyka Joanna Chmielewska 4. Księga tysiąca i jednej nocy 5. Quo vadis Henryk Sienkiewicz 6. Pokój z widokiem E.M.Forster 7. Portret Doriana Graya Oscar Wilde 8. Dziesięciu Murzynków Agata Christie 9. Baśnie Hans Christian Andersen 10. Teatrzyk Zielona Gęś Konstanty Ildefons Gałczyński 1. Konstanty Ildefons Gałczyński 2. Joanna Chmielewska 3. Agata Christie 4. Sue Townsend 5. Halina Snopkiewicz 6. E.M.Forster 7. Robert Graves 8. Kornel Makuszyński 9. Edgar Allan Poe 10. Henryk Sienkiewcz 1. Jennifer Saunders (AB FAB) 2. Roseanne Barr 3. "Przyjaciele" 4. Dharma & Greg 5. Whoopi Goldberg 6. Ray Cokes 7. Jim Carrey 8. Monty Python Group 9. Benny Hill 10. Grzegorz Halama 1. Paryż 2. Warszawa 3. Rzym 4. Barcelona 5. Wilno 6. Pula 7. Wenecja 8. Mediolan 9. Ateny 10. Wiedeń ![]() NUMEROLOGICZNA PIĄTKA (Miłosława Krogulska, Izabela Podlaska) Piątki to osoby zmienne i niepokorne. Kochają zmiany i nowe wyzwania. Zawsze dążą do niezależności i wolności w wyrażaniu swoich przekonań. Piątki żyją z dnia na dzień - nie dla nich plany, rutyna i monotonia. Mają dusze rewolucjonistów, nie obawiają się odrzucać starych poglądów i metod postępowania. Niezależność jest ich główną cechą. Często zmieniają zdanie lub nastrój lub podejmują decyzje pod wpływem chwili. W życiu kierują się swoiście pojętą logiką i naginają fakty do swoich potrzeb. Łatwo przystosowują się do zmieniających się okoliczności, uwielbiają przygody i podróże. Uczą się bardzo szybko, cechuje je niezmordowana ciekawość. Problemem Piątek jest brak koncentracji i zbytnie rozpraszanie życiowej energii. Potrafią też bez skrupułów wykorzystać innych dla realizacji swych planów. Mimo tego mają wielu znajomych i dobrze dają sobie radę w każdym towarzystwie. Są czułe na piękno i sztukę, interesują się duchową stroną egzystencji. Cechuje je wrodzone poczucie humoru i umiejętność zjednywania sobie przyjaciół. Wbrew pozorom Piątki to osoby nieśmiałe. Brak pewności siebie przykrywają rozmownością i śmiechem. Bywają jednak konfliktowe, bo mają cięty język i pozwalają się prowokować. Uraz nie pamiętają długo, nie są mściwe. Pociągają je wszelkie nowości, często też zmieniają pracę. Nie pragną stanowisk czy wielkiego zysku, a ciekawego i emocjonującego zajęcia. Są doskonałymi handlowcami, reporterami, dziennikarzami, sportowcami, specjalistami od reklamy. Niestety - więcej czynności rozpoczynają, niż kończą. Rzadko mają oszczędności, a ich sytuacja finansowa jest bardzo zmienna. Piątki mają naturalną skłonność do ryzyka - tak w przypadku operacji finansowych, jak i w sportach. Bywają uzależnione od sporych dawek adrenaliny, życie nie szczędzi im też emocjonujących sytuacji. Piątki pozbawione emocji i ruchu stają się zgryźliwe i ponure. W miłości boją się pełnego zaangażowania, a rodzinne obowiązki zdają się je przerażać. Potrafią uwodzić innych, są też bardzo romantyczne i marzą o emocjonujących przygodach we dwoje. Czasami mają wielkie kompleksy i nie doceniają swoich zalet. Odpowiedni partnerzy dla Piątek to inne Piątki oraz Trójki. ![]() 2012
styczeń 2011 listopad październik wrzesień sierpień lipiec marzec 2010 listopad wrzesień lipiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad wrzesień sierpień lipiec marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty 2007 grudzień listopad październik lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień luty styczeń 2002 grudzień listopad ![]() Blog w obrazkach... ![]() |
Мы в этой жизни только гости, немного погостим / И станем уходить, кто раньше, кто поздней / Все по-началу было просто, чем дальше, тем трудней / И жизнь летит быстрей, и мы бежим за ней / Как свеча горяча, стекает струйкой воска / Тихо жизнь моя, и нет пути назад / Никогда не клянись, не обещай, что проживешь / Как надо жизнь, взгляни судьбе в глаза / Два пути не пройти, и от судьбы, как ни старайся / Не уйти, и жизнь возьмет свое / А назад не смотри, не вспоминай свои ошибки на пути / Иди и все пройдет / Иди! Иди! Иди!... (Мы в этой жизни - Алла Пугачева) 2012-01-04 10:37:35 >> Jodlen Gruppen
- Fajnie, że dojechałaś - powiedział Heliogabal, usiłując przemocą wyrwać Ani jej bagaż, co niewątpliwie na osobach postronnych sprawiało wrażenie, że dokonuje na niej jakiegoś napadu rabunkowego - Dzisiaj odwaliliśmy shopping, a na jutro zaplanowaliśmy zwiedzanie muzeum rękodzielnictwa i sztuki Bawarii... - Jak to odwaliliście? Jakiej znowu Bawarii? No co ty gadasz... - Ania wyglądała na mocno oszołomioną. Nic zresztą dziwnego, wziąwszy pod uwagę, że pół nocy spędziła malowniczo rozłożona przed swoim sedesem, robiąc szybki przegląd dań z ostatniego tygodnia, wydalanych odwrotną od zwyczajowej drogą, a następnie - spóźniwszy się na pociąg do Berlina na 6:55, jechała tym osiem godzin późniejszym, na który bilet i tak zdobyła cudem, bo w końcu zbliżał się Sylwester i do stolicy Niemiec pchała się połowa Polski. - No tak, shopping już zaliczony, ja mam buty jak lider Guns'n'Roses, Pepe wykupił już całe WE, a Aga ma koturny jakby się szykowała na casting do Spice Girls - powiedział Heliogabal, nawet specjalnie nie mijając się z prawdą - Na jutro zostawiliśmy sobie atrakcje kulturalne... Muzeum rękodzielnictwa, potem garncarstwa tyrolskiego i bardzo interesującą wystawę zapasek ludowych z Lotaryngii... A wieczorem idziemy na koncert Jodlen Gruppen... - Czego?! - Jodlen Gruppen - powiedział Heliogabal, starając się zachować kamienny wyraz twarzy - Najpopularniejszy zespół północnego Tyrolu, mistrzowie jodłowania... Wzrok Ani przeszedł z Heliogabala na Agę i Pepe. Ci jednak też mieli nieodgadnione miny. - Ale jak to... jodłowania? - powiedziała słabo. - No takie youuulalalaaaaa - wyjaśnił Heliogabal - Trzygodzinny show w ich wykonaniu to według ulotki prawdziwa uczta dla każdego melomana. A poza tym dostaliśmy bilety na ich koncert jako bonus do biletów komunikacji miejskiej. Nie sposób przepuścić taką okazję... - Ilu godzinny? - Ania zgodnie z przewidywaniami Heliogabala wyłapała z jego paplaniny najistotniejszą informację. - Trzygodzinny - powtórzył Heliogabal. - Ale z dodatkowymi dwoma dwudziestominutowymi antraktami, więc właściwie cztero - wtrąciła się Aga. Ania w milczeniu przetrawiała wiadomości, sprawiając przy tym wrażenie, że właśnie rozważa, czy oby z miejsca nie wrócić do ojczyzny. Gdyby nie fakt, że pociąg już odjechał, pewnie natychmiast z powrotem by do niego wsiadła. - Ale pójdziemy chociaż do Desiguala? - spytała nieco bezradnie. - Nie. Już tam byliśmy. Nic nie ma - powiedział Heliogabal. - Poza tym, ile razy można oglądać te kolorowe ciapki? - skrzywił się Pepe. - No nie żartujcie... W kamiennym milczeniu przemierzaliśmy odległość dzielącą Hauptbahnhof od Hotelu Savigny, w którym tradycyjnie już się zatrzymaliśmy. Heliogabal zastanowił się, czy Ania ma już dość, czy też w ramach słodkiej zemsty za poranne nerwy i niestawienie się na czas na pociąg dołożyć jej jeszcze informację o tym, że w hotelu nie ma ciepłej wody. - Ona ma wokalistkę - oglosił wreszcie ponurym tonem. - Kto?! - Jodlen Gruppen - powiedział Heliogabal - Helgę Krugger. Ma siedemdziesiąt dwa lata. Żywa legenda. Właściwie już trochę półżywa, ale ciągle daje radę. Czasem tylko zapomina tekstu i wtedy trzeba zaczynać koncert od początku... - Dlatego trzeba być przygotowanym na ponad cztery godziny - podjął Pepe - uprzedzano nas o tym... Ania wyglądała na doprowadzoną na skraj rozpaczy. - Ale ja chciałam iść do Desiguala i obejrzeć wystawę Helmuta Newtona - jęknęła. - Oj tam, będziesz oglądała jakieś babskie kończyny bez reszty kadłuba - zgorszył się Heliogabal - A do Desiguala możemy zajrzeć przelotem. Będziemy mieli akurat kwadrans przed koncertem Jodlen Gruppen... Jak łatwo można było przewidzieć z Jodlen Gruppen zrobił nam się lejtmotyw całego wypadu do Berlina. Zresztą - całkiem udanego. Bo pomiajając 2,5 miliona osób, które podobnie jak my wpadły na pomysł, że Sylwestra najlepiej spędzić pod Bramą Branderburską oraz drobny fakt, że po obejrzeniu tysiąca fotografii Newtona Jego Cezarskość ma teraz przekonanie, że modelki składają się jedynie z nóg, było pysznie. I to dosłownie, wziąwszy pod uwagę dania w hinduskiej restauracji - a zwłaszcza zupę, do której dodano więcej ziół niż Heliogabal umie w ogóle wymienić. Po prostu - palce lizać! skomentuj (3) ![]() 2011-11-25 23:03:30 >> Oscary Heliopolis - 2011 r.
skomentuj (2) ![]() 2011-11-25 22:55:39 >> Grammy Heliopolis - 2011 rok
skomentuj (0) ![]() 2011-10-11 09:21:40 >> Berecik i spodenki Choć tym razem nasz urlop trwał jedynie tydzień, nie oznacza to, że w tym czasie nudziliśmy się jak mopsy, poznając - tak jak większość rodaków - głównie okolice basenu. Wręcz przeciwnie! Świadomość, że jesteśmy na Malcie tak krótko sprawiła, że cały czas nas nosiło, a że autobusy mieliśmy kusząco pod ręką, to bynajmniej nie staczaliśmy zbyt wielkich bojów z pokusą odwiedzania różnych zakątków wyspy. Na wycieczkach udało nam się z kolei poczynić wiele interesujących obserwacji. Na przykład – że Malta jest pod względem obyczajowym przeciwieństwem Tunezji. Tam zaczepiali nas na ulicy głównie młodzi przystojni faceci, proponujący nam w bardziej (rzadziej) lub mniej (częściej) zawoalowany sposób możliwość spędzenia z nimi grzesznych chwil. Oczywiście – za odpowiednią opłatą w drachmach, dolarach albo euro. Tutaj byliśmy narażeni na ataki kobiet w kwiecie, a właściwie – przekwicie, wieku. Jedna z nich przpuściła szturm na Heliogabala w autokarze do Marsaxlokk, tłumacząc zawzięcie, gdzie w tej mieścinie znajduje się dworzec autobusowy. Przy okazji obmacała Jego Cezarskość po torsie, ramionach i plecach, a na koniec napluła mu w ucho – Heliogabal wierzy, że przez przypadek albo z powodu źle dopasowanej sztucznej szczęki. W samym Marsaxlokk na pieszczoty zebrało się jej rówieśniczce, stróżującej przy rodzinnym interesie – czyli knajpce, w której jedliśmy przepyszną sezonową rybkę lampuki. Kobiecina (na oko – w wieku cezarskiej babci) najpierw puściła do Heliogabala oczko, następnie powiedziała coś (Jego Cezarskość ma nadzieję – miłego) po maltańsku, a na koniec przechodząc za jego plecami nieco go molestowała. - No i co masz taką minę? – uśmiał się obserwujący te sceny z żywym zainteresowaniem Pepe – Jakby nie patrzeć to twój target wiekowy… - A chcesz dostać łbem od lampuki? – odpowiedział Heliogabal, nieco oszołomiony atakiem nobliwie wyglądającej babiny. I żeby zamknąć temat starszych pań, szybko dodajmy, że wszelkie rekordy pobiła nasza rodaczka, w której towarzystwie wybraliśmy się na wyprawę po Gozo (jedyną zorganizowaną, w jakiej wzięliśmy udział). Kobiecina ta uznawała jedynie jaskrawe wdzianka, od których można było dostać oczopląsu. Ukoronowaniem jej kreacji stał się zaś berecik w różnokolorowe maziaje wzbogacone o srebrną nitkę, który Heliogabal z miejsca postanowił uwiecznić na zdjęciu, bo wiedział, że i tak nie znajdzie potem słów, aby go komuś opisać. Ów wstrząsający estetycznie strój nie przeszkodził babinie wygłosić komentarza: „Oj, gdybym ja była taką przewodniczką wycieczki, to musiałabym się jakoś bardziej kolorowo ubrać, żeby ludzie mnie wypatrzyli, bo jestem mała”. Adresatowi tej wypowiedzi, naszemu rezydentowi, najwyraźniej odebrało w tym momencie mowę, acz jego wzrok wart był zapamiętania, bo jakby nie patrzeć nasza kolorowa babcia za sprawą swoich strojów miała szansę dołączyć do Wielkiego Chińskiego Muru w kategorii „obiekty ziemskie widoczne gołym okiem z kosmosu”. Dodajmy, że kreacje babci zostały uwiecznione na tysiącach zdjęć, bo kobiecina lubiła się fotografować, a za najbardziej ku temu stosowne miejsca uważała środki ruchliwych ulic na Gozo. Cud jakiś, że w końcu ktoś jej nie wjechał w kuper, acz berecik mógł też działać jako znak ostrzegawczy, bo widać go było z kilometra. W sumie więc może i ten strój nie był tak idiotyczny. Pod względem ilość robionych (sobie) zdjęć przebijał babcię tylko jakiś sześćdziesięcioletni playboy, który na wycieczkę założył (w założeniu seksowne) jeansowe krótkie gatki w stylu Johna Travolty z „Gorączki sobotniej nocy”, do środka których włożył (!) czerwoną koszulkę. W sumie wglądał, jakby się urwał z Parady Wolności 1975 r., co nie przeszkodziło mu dokumentować każdego swojego korku. Dosłownie. Oczyma wyobraźni z miejsca zobaczyliśmy album foto, a w nim podpisy pod kolejnymi fotkami: „wchodzę na prom”, „już prawie jestem na promie”, „ja na pierwszym schodku na promie”, „ja na drugim schodku na promie”, "ja prawie na trzecim schodku, bo się pięknie potknąłem”. Zwariować można! Doprawdy mało komu tak jak jemu życzyliśmy, żeby poślizgnął się na rybich wątpiach i wyleciał za burtę. Choć aż strach pomyśleć, ile wtedy zrobiłby sobie zdjęć…! Wyjeżdżaliśmy z Malty z widmem październikowych przymrozków w ojczyźnie, uczuciem sporego niedosytu i planem, aby w złotej jesieni życia zamieszkać tu na stałe. Tylko... czy kiedyś nam się to uda…? skomentuj (3) ![]() 2011-10-01 12:15:32 >> Dokąd jedzie ten autobus? Malta jest wyspą pełną kontrastów i nawet tych sześć dni, które tam spędziliśmy, pozwoliło nam się o tym dobitnie przekonać. Z jednej strony sprawia wrażenie bardzo majestatycznej i dostojnej. Z drugiej – ma wiele miejsc, które klimatem kojarzą się z Ibiza czy inną mekką imprezowiczów. Aby się o tym przekonać, wystarczy wybrać się w któryś z weekendowych wieczorów do Paceville. Trafia się tam bardzo prosto – wystarczy wsiąść do któregokolwiek z autobusów jadących do St.Julian, a następnie uważać, na którym z przystanków wysiądą wszystkie młode osoby prezentujące się jak pokemony (płeć piękna) albo odrzuty z castingu do Tokio Hotel (płeć mniej piękna). Idąc ich sladami trafia się do współczesnego piekła czyli postawionych na niewielkim obszarze kilkudziesięciu dudniących do białego rana muzyką techno, disco i house dyskotek oraz potężnego centrum handlowego „Baystreet”, w środek którego wbudowano… hotel pod ta samą zresztą nazwą. - Mieszkasz tu i po dwóch dniach dostajesz świra albo głuchniesz – orzekł nieco oszołomiony Pepe. - Albo zaczynasz łykać skażone tabletki Ecstasy, ma kilka zapominasz, że w pracy musisz cały dzień przekładać nikomu niepotrzebne papiery z kąta w kąt i cieszysz się życiem – odpowiedziałem, po czym coś sobie przypomniałem – A wiesz, że groziło nam, że wylądujemy właśnie tutaj? Bo to jeden z hoteli z oferty Neckermanna. O ile dobrze pamiętam, najtańszy. - Wcale się nie dziwię – mruknął Pepe – ale w sumie to marny interes, bo poza opłatą za nocleg musisz i tak doliczyć koszt stoperów do uszu i proszków na ból głowy. W sumie wychodzi cenowo tak, jakbyś mieszkał u nas… - Ewentualnie można sobie kupić młotek i zrobić jak Kozidrak: „o bum bum bum” – podsunąłem. Na przeciwległym biegunie do rozkrzyczanego, kolorowego Paceville stoi stolica wyspy – Valetta. Jedno z najpiękniejszych miast świata kładzie się spać równo o siódmej wieczorem. O ósmej sprawia zaś wrażenie makiety filmowej i to w chwili, kiedy akurat nikt nie kręci filmu. Początkowo byliśmy pewni, że to tylko takie nasze głupie odczucie. Potem jednak odbyliśmy konwersację z jednym z księgarzy (Pepe jak zawsze szukał lokalnej książki kucharskiej, niepomny, że według zapewnień wszystkich Maltańczyków ich jedynym narodowym daniem jest królik przyrządzany tu na dwa tysiące sposobów…), który dość obrazowo opisał nam zmiany, jakie zaszły w maltańskiej stolicy ostatnimi czasy. - Kiedy byłem chłopcem, wszystko tutaj żyło do późnych godzin nocnych – mówił z żalem dźwięczącym w głosie – Ludzie spotykali się w kawiarniach, dzieci bawiły się na ulicach, wszędzie było gwarno, tłoczno, wesoło. A potem wstąpiliśmy do Unii, wszystko zdrożało i ludzie zaczęli się wyprowadzać. Teraz na mieszkanie tutaj stać tylko urzędników i prawników. Na mojej ulicy mieszkało kiedyś kilkadziesiąt rodzin, a teraz zostały tylko trzy. Na innych jest podobnie. To wymarłe miasto. Tylko turyści się nim cieszą… Trudno było nie przyznać mu racji. Zresztą, takich wymarłych miast jest na Malcie więcej. Wystarczy tylko zejść z turystycznych szlaków i pojechać choćby do ruin neolitycznych świątyń w Tarxien, aby po drodze trafić do Paoli – uroczego miasteczka, po którym także hula wiatr i… nic więcej. Przykre. Wymarłe czy tętniące życiem – pokochaliśmy wszystkie miasta wyspy oraz… sposób dojazdu do nich. Dwa miesiące przed naszym przyjazdem Maltańczycy zmienili swoje (przez dziesiątki lat - wizytówkowe) wysłużone żółte busiki na nowoczesne klimatyzowane pojazdy. Nie wzięli jednak pod uwagę różnic gabarytów między wehikułami. Nowe nijak nie chciały się przecisnąć przez co węższe ulice i trzeba było w związku z tym modyfikować większość tras. W efekcie człek nigdy nie był pewny, gdzie dowiezie go pojazd, do którego wsiadł, a rozkłady jazdy można było spokojnie zaliczyć do dzieł z dziedziny science-fiction. Kiedy przyjechaliśmy sytuacja była już i tak ponoć jako tako opanowana, bo jeszcze miesiąc wcześniej ludzie przekonani, że podążają (zgodnie z napisem na autubsie) do Valetty lądowali w położonym na drugim krańcu wyspy Zurriequ, a spieszący się na prom do Cirkewwy znienacka łapali się na tym, że jadą wprost na… lotnisko. Za naszych czasów autobusy docierały co prawda tam, gdzie trzeba, ale za to ich kierowcy mieli uroczy zwyczaj zatrzymywania się tylko na tych przystankach, które z bliżej nieznanych przyczyn przypadły im do gustu, ewentualnie na żadnych. Nie wzruszało nas to o tyle, że primo mieliśmy w naszym miasteczku dworzec stanowiący odpowiedni rodzimej pętli autobusowej, a secundo – umówmy się – wszystkim, którzy zmuszeni są korzystać z usług warszawskiej komunikacji miejskiej, żaden inny zorganizowany transport nigdy nie wyda się szokujący. skomentuj (1) ![]() 2011-09-24 12:14:40 >> Maltańskie Las Vegas
Na Maltę wyruszyliśmy wieczorem. Pomni mrozu, jaki rok wcześniej przywitał nas czerwcową nocą w Tunezji, zastanawialiśmy się nawet, czy w związku z tym nie zabrać czegoś cieplejszego do okrycia, ale ponieważ wszystkie portale pogodowe jak jeden mąż zapewniły nas, że na wyspie Joanitów będzie nocą cieplej niż w naszej ojczyźnie za dnia, machnęliśmy ręką i zapakowaliśmy do torby tylko t-shirty i krótkie spodenki. Sam lot teoretycznie miał trwać trzy godziny, ale jak tylko pokazały się nad naszymi głowami monitorki z trasą, okazało się, że będziemy szybować w powietrzu o prawie pół godziny krócej. skomentuj (2) ![]() 2011-08-15 23:00:20 >> Polak potrafi Nasze zauroczenie Majorką miało swoje źródło w równym stopniu w jej bezdyskusyjnym pięknie, co też i w fakcie, że… spotkaliśmy tam stosunkowo mało rodaków. Ci bowiem potrafią popsuć człowiekowi każdą przyjemność. Nasz hotel oferował catering, do którego nie sposób było mieć zastrzeżenia, a przynajmniej tak nam się wydawało, póki byliśmy jedynymi Polakami na stołówce. Po kilku jednak dniach na śniadaniu pojawiło się kilka osób znad Wisły i dobre wrażenie od razu trafił szlag. - No ja bym na tę wędlinę u nas nawet nie spojrzała – powiedziała jedna rodaczka, mierząc pogardliwym spojrzeniem plasterki, całkiem zresztą niezłej, mortadeli – A miało być niby ekskluzywnie… - A ten ser… no jak guma – dołączyła się jej koleżanka, wnosiwszy z ubioru (długie spodnie, zakryte szpilki, koszulka i na to narzucony sweterek przy 40-stopniowym upale!) zapewne niezbyt zdrowa na umyśle. W kącie sali z kolei jakieś ryki wydawało z siebie dziecko Ciapciaka. Osobnik ten został przez nas wypatrzony już pierwszego dnia, kiedy to przy załatwianiu formalności związanych z zameldowaniem w hotelu, jego żona dała pokaz dramatyczny: „ jak zrobić z męża pantoflarza”, już po pierwszych jego uwagach kazała mu „zamknąć się wreszcie i iść pilnować dziecka”, a następnie tak mile i uroczo rozmawiała z naszą ulubioną recepcjonistką, że wywalczyła sobie najgorszy chyba pokój w całym hotelu – mały, duszny i z malowniczym widokiem na zaśmiecone podwórko od strony kuchni. Ciapciak znosił dąsy małżonki z podziwu godnym spokojem. Niestety, tego samego nie da się powiedzieć o ich dziecku, które w kategorii „najlepsze piłowanie ryja” z pewnością zdobyłoby dowolną ilość złotych medali. A tak w ogóle to Polacy wygraliby w wielu kategoriach – na przykład ilości wypalonych, a następnie rzuconych na plażę papierosów, wiecznym przeliczaniem hiszpańskich cen według kursu „a w Biedronce jest taniej” oraz monotonii męskich koafiur (jak to jest, że wszyscy polscy faceci prezentują się tak, jakby chodzili do jednego fryzjera i to takiego, któremu najwyraźniej z przyrządów pozostała tylko golarka?!). Co ciekawe, nie wygrywamy już za to w naszej sztandarowej dyscyplinie „czarne skarpety do sandałów”, bo w tym roku taki uroczy komplecik nosili wszyscy niezależnie od wieku i narodowości, aż wreszcie nawet i Pepe zaczął mieć wątpliwości, czy to oby nie jest jakaś nowa moda. Z ciekawostek dodajmy jeszcze, że w czasie jednej z naszych autokarowych podróży ku naszemu zdumieniu przekonaliśmy się, że Bryan Adams stworzył hiszpańską wersję „Everything I Do (I Do It For You”)” i nawet nieźle to brzmi, w Palmie na własne oczy dane nam było zoabczyć, że pogłoski jakoby Latynosi mieli ognisty temperament, nie są wcale przesadzone, a uprawiającą seks parkę można zdybać nawet i w środku dnia w samym sercu Parc De La Mar, stanowiącego odpowiednik warszawskiego Ogrodu Saskiego, tudzież że automaty do zbicia fortuny (wrzuć pieniążek, który popchnie kupkę innych pieniążków) potrafią być uzależniające. - Jeszcze tylko dzisiaj i już sobie damy spokój – powiedział Pepe, kiedy po raz trzeci udawaliśmy się wieczorem do jaskini hazardu – I teraz mam taki pomysł, że wrzucimy tylko pięć monet i jak coś zleci, to już dalej nie gramy… - Aha, już widzę, jak nam to pięknie wyjdzie – odpowiedział Heliogabal z roztargnieniem, wpatrzony w lustro windy, które z racji lichego oświetlenia owego ustrojstwa, prezentowało jego oblicze wyjątkowo korzystnie – Matko, jaki ja jestem jednak opalony! I to wszędzie równo. Jeszcze trochę i będę mógł pozować do erotycznych fotografii… - Mógłbyś. Rubensowi. Ale ups, nie możesz, bo on nie żyje – mruknął Pepe, po czy oberwał kuksańca w bok. Jak można było się spodziewać, w salonie gier straciliśmy kolejne eurosy, acz ogólnie i tak wyjazd zamknął nam się w dość ładnym budżecie, zwłaszcza jak na wyczytane wcześniej w Internecie złorzeczenia, że Majorka jest skandalicznie droga. Jak widać, pisał je ktoś, to nigdy nie robił zakupów w supersamie na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. skomentuj (2) ![]() 2011-08-15 22:56:35 >> Cuda Natury Choć myśleliśmy, że po Palmie ze wszystkimi jej bogato zdobionymi kościołami, kunsztownie wykończonymi kamienicami i stylowymi pałacami trudno już nam będzie się bardziej czymś zachwycić, to szybko okazało się, że najbardziej spektakularne miejsca na Majorce stworzył nie człowiek a… Matka Natura. Udało nam się przekonać o tym dwa razy – w Cuevas Del Drach i na Cap De Formentor. Choć na Majorce znajduje się ponoć ponad ćwierć tysiąca jaskiń, to właśnie „smocza jama” jest tą, którą najczęściej odwiedzają wycieczki. Sięgająca 25 metrów w głąb ziemi, ciągnąca się przez ponad 1,5 kilometra i skrywająca w sobie potężne podziemne jezioro, jaskinia sprawia wrażenie magicznie przeniesionej z innej planety. Pięknie oświetlona, mieniąca się wszystkimi barwami żółcieni, nie da się opisać słowami. I choć sam spacer po niej już stanowiłby wystarczającą rozrywkę, to włodarze tego miejsca przygotowali dodatkową atrakcję i w jednej z jaskiń wybudowali amfiteatr. Słucha się w nim koncertu kwartetu muzycznego, który – sunąc powoli na łodzi po malowniczo rozciągającym się przed oczami widzów podziemnym jeziorze – prezentuje wiązankę klasycznych tematów Caballero, Chopina czy Offenbacha. Później taką samą łodzią można samemu przepłynąć przez fragment jeziora, acz w tym celu trzeba albo sprytnie ustawić się tuż przy miejscu cumowania owych obiektów, albo odczekać karnie w kolejce kilkanaście(dziesiąt) minut, bo łodzi jest zaledwie trzy i przewożą turystów wahadłowo. Nam udało się fuksem załapać już na pierwszy kurs i to pewnie tylko dlatego, że nie wiedzieliśmy, skąd się wypływa i przez czysty przypadek usiedliśmy w amfiteatrze na miejscach, które potem okazały się być położone najbliżej punktu cumowania. Drugim miejscem, które zachwyciło nam niepomiernie był Cap De Formentor – miejsce, do którego dotarcie sprawiło nam najwięcej trudności. Według pierwotnego planu mieliśmy je zobaczyć na samym początku naszego pobytu na Majorce. Niestety, nie sprawdziliśmy, że dojeżdża tam tylko jeden autobus i musieliśmy dokonać korekty, przesuwając naszą wycieczkę na ostatni dzień urlopu. Zresztą w określeniu „dojeżdża TAM” też kryje się pewna nieścisłość, bo bus kończy swój bieg nie na samym Cap De Formentor, tylko tuż przy plaży, stanowiącej przedłużenie pobliskiego miasteczka Formentor. Sam cypelek, stanowiący najdalej wysunięty na wschód punkt wyspy, oddalony jest od tego miejsca o 11 kilometrów i żeby było zabawniej nie dociera tam żadna zorganizowana komunikacja, o którym to fakcie żaden przewodnik nie raczy informować. Efekt tego taki, że połowa pasażerów autobusu wysiada, z nieco osłupiała miną ogląda średnio atrakcyjną plażyczkę i… rusza na Cap De Formentor na piechotę. Ponoć taka wędrówka zajmuje około dwóch godzin w jedną stronę, co tłumaczyłoby pięciogodzinną przerwę między przyjazdem i odjazdem autobusów. My poddaliśmy się już po trzecim kilometrze, łapiąc stopa z sympatycznymi Niemcami, Elke i Stefanem, którzy co prawda najwyraźniej obejrzeli o jeden raz za dużo thriller „Autostopowicz”, bo rozmowę z nami zaczęli od stwierdzenia: „OK., we’ll take you, but please don’t kill us!”, ale za to okazali się wesołymi i wyjątkowo uprzejmymi ludźmi. Dzięki nim zobaczyliśmy nie tylko malowniczy Cap De Formentor, ale także najbardziej ponoć niedostępną zatoczkę wyspy – Cala Figuera, do której prowadzi ocno zdradliwa złożona w większości z ruchomych kamyczków górska ścieżka. Sam Cap De Formentor poza baśniowymi pejzażami i widokiem (bo zwiedzić od środka jej nie wolno) starej latarni morskiej, oferuje też najdroższą chyba na całej wyspie coca-colę oraz równie rujnujące finansowo ciasteczka. Dzięki Elke i Stefanowi dojechaliśmy z powrotem pobliże plaży przy Formentor i w chwili, kiedy właśnie zaczynaliśmy sobie pluć w brodę, że nie zabraliśmy żadnych strojów kąpielowych, spotkał nas kolejny cud. Do plażyczki przycumował statek pasażerski, który jak się okazało płynął do Port De Polleçna. Skorzystaliśmy oczywiście z jego usług i w ten sposób nie dość, że po godzinie znaleźliśmy się już na swojej własnej plaży, to jeszcze nasyciliśmy oczy widokami Majorki od strony morza. Całkiem miły prezent na osłodę ostatniego dnia pobytu. skomentuj (0) ![]() 2011-08-09 23:04:16 >> Made in Spain Do Palmy pognaliśmy z równą potrzebą zachwycenia się zabytkami tego miasta, co… odwiedzenia naszego ulubionego hiszpańskiego sklepu z ciuchami – Desiguala. Nasza przygoda z tą najpopularniejszą (i najbardziej kolorowo-szaloną) sieciówką rozpoczęła się dwa lata temu w Berlinie. Opętany żądzą kupienia wypatrzonych w czasie poprzedniego pobytu w niemieckiej stolicy w sklepie „Extreme” butów (prześladujących go przez długie miesiące i nawiedzających nawet czasem we śnie) Heliogabal natychmiast po rozlokowaniu się w hotelu poleciał na Ku’damm i tu czekało go lekkie rozczarowanie. Sklep bowiem zlikwidowano, a w jego miejsce otworzono coś, co zwało się Desigual. Już sam rzut oka na wystawę powodował zawrót głowy. - Trochę to wygląda jak tablice do badania daltonizmu – orzekł Jego Cezarskość. - No, daje po oczach – potwierdził Pepe, po czym dodał z lekkim powątpiewaniem w głosie – Myślisz, że warto wchodzić? - Zaryzykujmy – zdecydował Heliogabal. Ostrożnie przekroczyliśmy progi sklepu, wciąż oszołomieni neonową orgią barw dokoła i nagle znaleźliśmy się w raju. Rzeczy Desiguala okazały się zachwycające. Niektóre zdecydowanie nie nadawały się do – uznającego za jedyną dopuszczalną normę stroje w odcieniach sraczkowatej szarości - polskiego społeczeństwa i z tych z żalem zrezygnowaliśmy, co by nie budzić zbytniej agresji u osobników uważających za szczyt elegancji złoty łańcuch, „adki” i przepocony drech Nike’a. Nawet jednak po odrzuceniu największych ekstrawagancji, z każdej kolekcji Desiguala udało się wyłowić kilka perełek i od tej pory wizyta w tym sklepie stała się obowiązkowym punktem każdego naszego pobytu w Berlinie. Z tym większym zaciekawieniem oczekiwaliśmy wizyty w Desigualu w Palmie, o którym wyczytaliśmy, że jest drugim po barcelońskim, największym sklepem tej sieci na świecie. Jak się okazało – nie było to do końca prawdą (bo w sumie berliński jest o całe piętro większy), ale oczywiście i tak nie wyszliśmy z niego z pustymi rękoma. Kolekcja Pepe wzbogaciła się o jeansy i t-shirta, a Heliogabala – dwie koszule, przy czym za swoje rzeczy pierwszy gentleman zapłacił nieco ponad 50 euro, a drugi – prawie trzy razy tyle. Ot, i sprawiedliwość… Sama Palma zachwyciła nas i… zaskoczyła. Pomni tłumu, jaki przewalał się po Tunisie czy Hersonissos oczekiwaliśmy, że i stolica Majorki będzie ruchliwym, tętniącym gwarem, rozkrzyczanym miastem. Tymczasem nigdzie nie wypatrzyliśmy specjalnych tłumów, a błogi spokój panujący na ulicach, skwerach i parkach Palmy wydał nam się tak dziwny, że wręcz niepokojący. Żeby jeszcze było jakieś święto, ale nie – sezon już w pełni, środek tygodnia, a tu wszędzie sielsko i anielsko – nienormalna sytuacja! Zwiedziwszy zapierającą dech w piersiach swoim ogromem i przepychem katedrę, pałac l’Almoudina i poszwędawszy się trochę po pałacowych ogrodach, postanowiliśmy wybrać się do pobliskiego Castell Bellevue, z którego rozciągać się miały przyprawiające (zdaniem naszych przewodników) o zawrót głowy widoki na całą Palmę. Widoki, owszem, rozciągały się, tyle że żeby je podziwiać, trzeba było najpierw pozbyć się mroczków sprzed oczu po przejściu 458 (!) schodów, wiodących do fortecy. Jak łatwo zauważyć w obie strony owych schodów wychodziło prawie tysiąc, a nawet i więcej dodawszy do tego te w samym zamczysku. Pokonawszy ową trasę, właściwie miało się już zaprawę godną doświadczonego taternika i można było spokojnie zapisywać się na zdobywanie Kilimandżaro czy innego tam K2. - Nic dziwnego, że nigdy nikt nie podbił tej Marojki – podsumował po zejściu na dół ledwo żywy Heliogabal – Po prostu kolejne oddziały podpływały tutaj, patrzyły na te schody i od razu dawały dyla na kontynent, bo tam bardziej płasko… Stolicę Majorki odwiedziliśmy w sumie trzy razy, raz trafiając na lokalne święto, co było o tyle pouczające, że przy okazji dowiedzieliśmy się, że w wolny dzień w Hiszpanii pracują jedynie Chińczycy. - Może nie wiedzą, że jest święto? – zadumał się Pepe, myszkując po sklepie z butami w poszukiwaniu swojego rozmiaru espadryli. - Możliwe, że nikt im nie przetłumaczył – zgodził się Heliogabal, zapatrzony w gumowe podróbki Martensów w kolorze pomarańczowym i oderwany od rozmyślań, jakim cudem Chińczykom udało się przebić z taką tandetą w jakby nie patrzeć stolicy skórzanego przemysłu obuwniczego. Oni chyba naprawdę przechodzą jakieś specjalne szkolenia marketingowe… Ze sklepami na Majorce w ogóle było jakoś dziwnie. Gdyby zapomnieć, gdzie człek się znajduje i ocenić to tylko po asortymencie przybytków z pamiątkami, możnaby dojść do wniosku, że trafiło się do jakiegoś światowego centrum buddyzmu. Od posążków wschodnich Bóstw, rozmaitych portretów i rzeźb Buddy, figurek terakotowych armii, chińskich cesarzy i smoków oraz porcelany z motywami wiśni można było dostać oczopląsu. Wszystko to radośnie mieszało się z dewocjonaliami katolickimi w ilości godnej co najmniej Jasnej Góry. Różańce, modlitewniki, łańcuszki z religijnymi medalionami, a nawet t-shirty ze świętymi nie pozwalały zapomnieć, że jeszcze kilkaset lat wcześniej w Hiszpanii szalała święta inkwizycja. Obrazu całości dopełniały rzeczy dla turystów „po trzecim głębszym” w stylu koszulek z napisem „Durex Connecting People” albo instrukcjami wakacyjnej kamasutry, stanowiące żelazny punkt obowiązkowy każdego kurortowego sklepu we wszystkich zakątkach świata. W sumie – norma. Na tym tle zakupy w Desigualu stanowiły miły powiew prawdziwego haute couture.
skomentuj (3) ![]() 2011-07-22 21:00:01 >> Nabożne zdumienie Na Majorce jest ponoć ponad trzysta kościołów. Nam udało się zobaczyć tylko kilka z nich, ale każdy zachwycił nas do tego stopnia, że Pepe złamał nawet dane sobie kiedyś słowo, że nie będzie robił zdjęć w środku owych miejsc kultu. Tutaj złamał się już drugiego dnia w czasie zwiedzania kościoła Sant Jaume w Alcudii. Aparat, można powiedzieć, sam wszedł mu w ręce. Nie mogło jednak być inaczej, bo majorkańskie kościoły, których zdobienia są dziełem największych hiszpańskich artystów, należą do najpiękniejszych na świecie. Potrafią też nieźle zaskoczyć – tak jak katedra La Seu w Palma De Mallorca. - Słuchaj, Pepe, co to właściwie jest? – zdumiał się Heliogabal, kiedy napatrzywszy się już na główny ołtarz zaczęliśmy oglądać boczne nawy – Bo mój przewodnik nie raczy nic o tym wzmiankować. Zajrzyj no do Baedekera… Przed nami rozpościerał się dość dziwaczny i średnio pasujący do miejsca religijnych uniesień obraz rodem jakby z berlińskiego Aqua Worldu. Na ścianie ogromnej wnęki namalowane i wyrzeźbione były setki dziwacznych rybek z otwartymi otworami gębowymi i wytrzeszonymi oczami, do tego jakiś nawiedzony artysta dodał też kilka rzeźbionych palemek, a ktoś inny całość lekko wysprayował. W sumie sprawiało to wrażenie, jakby ten fragment katedry wybudowała banda naćpanych deskorolkowców. - To jest kaplica De Sant Pere – wyjaśnił grzecznie Pepe, patrząc w Baedekera – rzeźby przedstawiają Jana Chrzciciela oraz świętego Brunona, zostały wykonane przez Katalończyka Adria Ferrana dla kościoła klasztornego w Valdemossie w 1812 roku, a przeniesione tutaj po sekularyzacji w 1840 roku… Heliogabal poczuł, że nic nie rozumie. - Przestań gapić się w przewodnik i popatrz przed siebie – powiedział stanowczo do Pepe – a następnie powiedz mi, która z tych rzeźb przedstawia Jana Chrzciciela? Ta palma?! Czy ta ryba z zezem? Pepe posłusznie oderwał wzrok od Baedekera, spojrzał przed siebie i – oceniając po wyrazie twarzy – też lekko się zdziwił. - Hmm… Coś im się widać pomyliło – zawyrokował po dłużej chwili milczenia – Ty, ale co to w ogóle jest?! - To ja się ciebie pytam! – zdenerwował się Heliogabal – Pokaż no tego Baedekera, coś tam musi o tym być… Wnikliwa lektura przewodnika pozwoliła nam jedynie odkryć, że kaplica De Sant Pere znajduje się po naszej prawicy i faktycznie zawiera wszystkie odpowiednie rzeźby szacownych świętych. O fantasmagorii rozpostartej przed naszymi oczami dzieło jednak milczało jak zaklęte. - Widzę tylko jedno wytłumaczenie – zawyrokował w końcu Heliogabal – Księża nie chcą, żeby im się tu non stop pałętał tłum. Wymyślili więc taki horror. Spojrzysz na to i od razu masz ochotę wybiec z krzykiem. - Ale my nad tym stoimy już z dobry kwadrans – zauważył Pepe. - Bo my jesteśmy uodpornieni – stwierdził z całym przekonaniem Heliogabal – w końcu na co dzień oglądamy Dorotę Welmman, to musi w człowieku wyrobić jako taką odporność na wstrząsy estetyczne… - Świnia! – zgorszył się Pepe. Choć wydawało nam się, że po katedrze La Seu nic już nie zrobi na nas większego wrażenia, to rychło okazało się, że gdziekolwiek nie pojechaliśmy, z miejsca zakochiwaliśmy się w obiektach sakralnych. I w sumie aż dziw, że nie wróciliśmy do kraju jako duchowni. skomentuj (1) ![]() |