
![]() Zostaw swój znak w Księdze Heliopolis ![]() Gdybyś chciał napisać - kliknij tutaj ![]() ![]() 1. Madonna 2. Annie Lennox 3. Ella Fitzgerald 4. Dusty Springfield 5. Cher 6. Billie Holiday 7. Liza Minelli 8. Kate Bush 9. Róisín Murphy 10. Sade 1. Tarkan 2. Prince 3. Jeff Buckley 4. Frank Sinatra 5. Morten Harket 6. Seal 7. Gibonni 8. George Michael 9. Mika 10. Lenny Kravitz 1. The Doors 2. Ash 3. a-ha 4. INXS 5. Type O'Negative 6. Mansun 7. Faith no More 8. The Hollies 9. Air 10. Pearl Jam 1. An American prayer The Doors 2. Erotica Madonna 3. Grace Jeff Buckley 4. Mustangoo Jean-Louis Murat 5. Diva Annie Lennox 6. Lilith Jean-Louis Murat 7. Parade Prince 8. L'autre... Mylene Farmer 9. Judi, zviri i bestimje Gibonni 10. Life in cartoon motion Mika 1. Riders on the storm The Doors 2. Stairway to heaven Led Zeppelin 3. Savoir aimer Florent Pagny 4. Secret garden Madonna 5. Приезжай Ałła Pugacheva 6. Estranged Guns'n'Roses 7. Grace Jeff Buckley 8. Cry me a river Julie London 9. You made me a thief of your heart Siead O'Connor 10. King for a day Faith no More 1. Drive (R.E.M.) 2. Taste it (INXS) 3. Numbskull (Ash) 4. Bedtime story (Madonna) 5. Strange world (Ke') 6. Libertine/Douces (Mylene Farmer) 7. Bethoveen (Eurythmics) 8. Chatelet - Les Halles (Florent Pagny) 9. Sweet harmony (Beloved) 10. Un point c'est toi(Zazie) 1. Anna Maria Jopek 2. Bajm 3. Edyta Bartosiewicz 4. Robert Gawliński & Wilki 5. Edyta Górniak 6. Kayah 7. Maryla Rodowicz 8. Robert Janowski 9. Maanam 10. Tomek Makowiecki 1. Tatuaż Edyta Bartosiewicz 2. Małpa i ja Bajm 3. Korowód Marek Grechuta & Anawa 4. Szepty i łzy Anna Maria Jopek 5. Szał niebieskich ciał Maanam 6. A gdzie to siódme morze Maryla Rodowicz 7. Tych lat nie odda nikt Irena Santor 8. Jeden raz odwiedzamy świat Wilki 9. Tylko mnie poproś do tańca Anna Jantar 10. Pod Papugami Czesław Niemen 1. Jean-Louis Murat 2. Mylene Farmer 3. Pascal Obispo 4. Patricia Kaas 5. Florent Pagny 6. Zazie 7. Guesch Patti 8. Calogero 9. Doriand 10. Nina Morato 1. Алла Пугачева 2. Дима Билан 3. Линда 4. Витас 5. БИ-2 6. Земфира 7. Кристина Орбакайте 8. Надежда Кадышева & Золотое Кольцо 9. Тату 10. Гости из Будущего 1. Re-Invention Tour (Paryż) Madonna 2. Izbrannoje (Karlsruhe) Ałła Pugacheva 3. Avant que l'ombre... a Bercy (Paryż) Mylene Farmer 4. Minor earth major sky tour (Berlin) a-ha 5. Drowned world tour (Berlin) Madonna 6. Statues tour (Warszawa) Moloko 7. Live... In Cartoon Motion (Berlin) Mika 8. Live in Brixton Academy (London) Madonna 9. Trilogy (Berlin) The Cure 10. Millesime tour (Lyon) Pascal Obispo 1. Meryl Streep (Diabeł ubiera się u Prady) 2. Julia Roberts (Erin Brockovich) 3. Nicole Kidman (Inni) 4. Sandra Bullock (Miss Agent) 5. Melanie Griffith (Pracująca dziewczyna) 6. Judie Foster (The contact) 7. Betty Midler (Plaże) 8. Helena Bonham Carter (Pokój z widokiem) 9. Whoopi Goldberg (Duch) 10. Diane Keaton (Lepiej późno niż później) 1. Johnny Depp (Piraci z Karaibów) 2. Ewan McGregor (Pillow book) 3. Julian Sands (Pokój z widokiem) 4. Brad Pitt (Fight Club) 5. Matthew McConaughey (Czas zabijania) 6. Keanu Reeves (Moje własne Idaho) 7. Jack Nicholson (Lepiej być nie może) 8. Ethan Hawke (Przed wschodem słońca) 9. Ian Somerhalder (Żyć szybko, umrzeć młodo) 10. Thomas Jane (The velocity of Gary) 1. Pokój z widokiem 2. Priscilla, królowa pustyni 3. Amelia 4. Królestwo Niebieskie 5. Władca Pierścieni - trylogia 6. Tajemnica morderstwa na Manhattanie 7. Moje własne Idaho 8. Czekolada 9. Notting Hill 10. Pracująca dziewczyna 1. Woody Allen (Tajemnica morderstwa na Manhattanie) 2. James Ivory (Pokój z widokiem) 3. Robert Zameckis (Powrót do przyszłości) 4. Steven Spielberg (Indiana Jones - trylogia) 5. Stanisław Bareja (Miś) 6. George Lucas (Gwiezdne wojny) 7. Ridley Scott (Thelma & Louise) 8. Mike Nichols (Pracująca dziewczyna) 9. Gus Van Sant (Moje własne Idaho) 10. Peter Greenaway (Pillow book) 1. Ja, Klaudiusz... Robert Graves 2. Przygody dobrego wojaka Szwejka Jaroslav Hasek 3. Całe zdanie nieboszczyka Joanna Chmielewska 4. Księga tysiąca i jednej nocy 5. Quo vadis Henryk Sienkiewicz 6. Pokój z widokiem E.M.Forster 7. Portret Doriana Graya Oscar Wilde 8. Dziesięciu Murzynków Agata Christie 9. Baśnie Hans Christian Andersen 10. Teatrzyk Zielona Gęś Konstanty Ildefons Gałczyński 1. Konstanty Ildefons Gałczyński 2. Joanna Chmielewska 3. Agata Christie 4. Sue Townsend 5. Halina Snopkiewicz 6. E.M.Forster 7. Robert Graves 8. Kornel Makuszyński 9. Edgar Allan Poe 10. Henryk Sienkiewcz 1. Jennifer Saunders (AB FAB) 2. Roseanne Barr 3. "Przyjaciele" 4. Dharma & Greg 5. Whoopi Goldberg 6. Ray Cokes 7. Jim Carrey 8. Monty Python Group 9. Benny Hill 10. Grzegorz Halama 1. Paryż 2. Warszawa 3. Rzym 4. Barcelona 5. Wilno 6. Pula 7. Wenecja 8. Mediolan 9. Ateny 10. Wiedeń ![]() NUMEROLOGICZNA PIĄTKA (Miłosława Krogulska, Izabela Podlaska) Piątki to osoby zmienne i niepokorne. Kochają zmiany i nowe wyzwania. Zawsze dążą do niezależności i wolności w wyrażaniu swoich przekonań. Piątki żyją z dnia na dzień - nie dla nich plany, rutyna i monotonia. Mają dusze rewolucjonistów, nie obawiają się odrzucać starych poglądów i metod postępowania. Niezależność jest ich główną cechą. Często zmieniają zdanie lub nastrój lub podejmują decyzje pod wpływem chwili. W życiu kierują się swoiście pojętą logiką i naginają fakty do swoich potrzeb. Łatwo przystosowują się do zmieniających się okoliczności, uwielbiają przygody i podróże. Uczą się bardzo szybko, cechuje je niezmordowana ciekawość. Problemem Piątek jest brak koncentracji i zbytnie rozpraszanie życiowej energii. Potrafią też bez skrupułów wykorzystać innych dla realizacji swych planów. Mimo tego mają wielu znajomych i dobrze dają sobie radę w każdym towarzystwie. Są czułe na piękno i sztukę, interesują się duchową stroną egzystencji. Cechuje je wrodzone poczucie humoru i umiejętność zjednywania sobie przyjaciół. Wbrew pozorom Piątki to osoby nieśmiałe. Brak pewności siebie przykrywają rozmownością i śmiechem. Bywają jednak konfliktowe, bo mają cięty język i pozwalają się prowokować. Uraz nie pamiętają długo, nie są mściwe. Pociągają je wszelkie nowości, często też zmieniają pracę. Nie pragną stanowisk czy wielkiego zysku, a ciekawego i emocjonującego zajęcia. Są doskonałymi handlowcami, reporterami, dziennikarzami, sportowcami, specjalistami od reklamy. Niestety - więcej czynności rozpoczynają, niż kończą. Rzadko mają oszczędności, a ich sytuacja finansowa jest bardzo zmienna. Piątki mają naturalną skłonność do ryzyka - tak w przypadku operacji finansowych, jak i w sportach. Bywają uzależnione od sporych dawek adrenaliny, życie nie szczędzi im też emocjonujących sytuacji. Piątki pozbawione emocji i ruchu stają się zgryźliwe i ponure. W miłości boją się pełnego zaangażowania, a rodzinne obowiązki zdają się je przerażać. Potrafią uwodzić innych, są też bardzo romantyczne i marzą o emocjonujących przygodach we dwoje. Czasami mają wielkie kompleksy i nie doceniają swoich zalet. Odpowiedni partnerzy dla Piątek to inne Piątki oraz Trójki. ![]() 2012
maj kwiecień marzec luty styczeń 2011 listopad październik wrzesień sierpień lipiec marzec 2010 listopad wrzesień lipiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad wrzesień sierpień lipiec marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty 2007 grudzień listopad październik lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień luty styczeń 2002 grudzień listopad ![]() Blog w obrazkach... ![]() |
Мы в этой жизни только гости, немного погостим / И станем уходить, кто раньше, кто поздней / Все по-началу было просто, чем дальше, тем трудней / И жизнь летит быстрей, и мы бежим за ней / Как свеча горяча, стекает струйкой воска / Тихо жизнь моя, и нет пути назад / Никогда не клянись, не обещай, что проживешь / Как надо жизнь, взгляни судьбе в глаза / Два пути не пройти, и от судьбы, как ни старайся / Не уйти, и жизнь возьмет свое / А назад не смотри, не вспоминай свои ошибки на пути / Иди и все пройдет / Иди! Иди! Иди!... (Мы в этой жизни - Алла Пугачева) 2012-05-10 16:12:44 >> Chlewik
Drugie oglądane przez Heliogabala mieszkanie znajdowało się - według opisu w internecie - "w pięknej otulinie zielonych terenów Kępy Potockiej". Dojechawszy na miejsce, Jego Cezarskość najpierw wpadł po łydki w jakieś bagnisko, a następnie usiłując się z niego wydobyć, wleciał w krzaczory i podrapał sobie policzek. Pogoda była wyjątkowo licha i zielona zapewnie czasem "otulina" tworzyła ponury krajobraz rodem z "Wichrowych Wzgórz". Przedarłszy się przez dziwaczne chaszcze i wądoły z uczuciem, że do kompletu szczęścia brakuje mu jeszcze wycia wilków i pohukiwania sów za plecami, Heliogabal dotarł do bloku, w którym znajdować się miało "trzypokojowe, zadbane i komfortowe mieszkanie w okazyjnej cenie". Pod domem przechadzała się już kolejna pani pośredniczka. - Przepraszam za spóźnienie, ale musiałem przedrzeć się przez tę dżunglę za przystankiem - powitał ją Heliogabal. - Niech pan nawet nic nie mówi - odpowiedziała pani - I cieszy się, że nie musiał dojechać tutaj samochodem. Przed chwilą rozwaliłam coś w podwoziu na jednej z dziur na tej drodze. To co? Idziemy oglądać? - A jakie to mieszkanie w ogóle jest? I właściciele? - zaciekawił się Heliogabal - Bo zawsze lubię się jakoś przygotować przed wejściem... - Tym razem panu nie pomogę, bo lokal przyjmował mój kolega, który jest na urlopie, i ja tam nigdy nie byłam - wyjaśniła pani - Ale chyba jest fajne, bo nic nie mówił... Winda zawiozła nas tym razem na piąte piętro. Nieco bardziej niż poprzednio zadbana klatka schodowa prezentowała się całkiem zachęcająco. Niestety, na klatce pozytyw się skończyły. Drzwi mieszkania otworzyła nam mocno zaniedbana farbowana blondyna z odrostami, doskonale widocznymi na niemytych tak na oko ze dwa tygodnie włosach, ubrana w kusy różowy t-shircik, który może i wyglądałby jako tako, gdyby nie wylewająca się spod niego spora fałda tłuszczu, spoczywająca na srebrnym paseczku, trzymającym (ledwo) w ryzach spodnie-biodrówki. Ukoronowaniem wstrząsającego image'u gospodyni domu były złote klapeczki z pomarańczowymi pomponikami. "Kurcze, a mówi się, że kobiety nie cierpią na daltonizm", pomyślał przelotnie Heliogabal, zanim dotarło do niego, że mieszkanie, które ma przed oczami jest w pełni godne swojej właścicielki. Na dzień dobry Jego Cezarskości wszedł do kuchni. Szare smugi na podłodze wskazywały na to, że ktoś stosunkowo nawet niedawno usiłował ją umyć. Niestety, w połowie roboty albo umarł, albo też wyczerpały mu się środki czystości i zadowolił się wyżłobieniem w warstwie kurzu dziwnych kanalików, sprawiających z daleka wrażenie mapy Wenecji. Ze zlewu za to ów ktoś zrobił coś w rodzaju futurystycznej instalacji artystycznej, złożonej z zastawy, sztuććów, dużej ilości starego jedzenia oraz opakowań po tymże. Heliogabal miał pewność, że gdyby podszedł do tego dzieła i nieco w nim pogrzebał, na pewno znalazłby też jakąś żywinę, ale - jak łatwo się domyślić - nie rwal się do eksperymentów. Przeszedł za to do sypialni, gdzie na powitanie zobaczył zgruchmoloną pościel oraz ozdabiające je na samym wierzchu nieco nieświeże majty w kolorze kremowym, który zapewne ewoluował z niegdyś białego. Poza tym po sypialni, zapewne dla ozdoby, rozrzucono niedbale męskie skaprety, malowniczo rozsiano okruchy po chipsach, a całość zwieńczono kilkoma pustymi butelkami po coca-coli i piwie. Po tych dwóch pomieszczeniach Jego Cezarskość miał już właściwie dość oglądania, ale zaciekawiło go, jak prezentuje się reszta tego oryginalnego lokum. W łazience powitało go wyschnięte na pieprz pranie, pozwalające się zorientować się, że pozostali domownicy mają nie lepszy gust niż gospodyni lokalu. Jego Cezarskosć zauroczył zwłaszcza uroczy sweterek (na oko - z anilany) w wesolutkie palemki oraz tajemnicze sukmano, sprawiające wrażenie sutanny, tyle że utrzymane w kolorze zapuszczonego trawnika. W dużym pokoku rzucił się z kolei na Heliogabala pstrokaty, ceglasto-żółty dywan z dużą dziurą na środku oraz zasłony w straszliwym odblaskowym kolorze błękitu. Spojrzawszy jeszcze na okna, których szyby doskonale komponowały się swoją czystością z instalacją w zlewie, Heliogabal zaczął powoli wycofywać się z powrotem do przedpokoju. I w tym momencie za jego plecami rozległ się ryk godny syreny strażackiej. - Ojej, przepraszam, ale Karolcia się obudziła! - zakrzyknęła gospodyni i podbiegła do trzeciego, zamkniętego przez cały czas pokoju. - To tutaj mieszka dziecko?! - jęknęła pani pośredniczka, przez całe zwiedzanie mająca taką minę, jaką zapewne musieli mieć kosmonauci po lądowaniu na Księżycu. W odpowiedzi pojawiła się właścicielka, trzymajaca w objęciach umorusaną, zapłakaną istotkę, rozcierającą sobie brudnymi rączkami brud pod oczkami. - Karolcia taka dziś niespokojna, ledwo co zasnęła, a już sie obudziła - wyjaśniła właścicielka - Sama nie wiem, co z nią zrobić... Heliogabal pohamował cisnący mu się na usta okrzyk: "Umyć!" i zaczął się żegnać. I tak miał wrażenie, że powoli obłazi go jakieś robactwo, tudzież, że zanim przekroczy progi własnego domostwa powinien odkazić obuwie, żeby nie wnieść larw. Kiedy drzwi za nami się zamknęły, pani pośredniczka nerwowo wstrząsnęła ramionami. - Jak spotkam kolegę, który przyjmował to mieszkanie, to chyba go pobiję - powiedziała gniewnie - Jak można żyć w takim syfie?! I jak można taki syf pokazywać innym ludziom?! I jeszcze to dziecko... - Niech się pani nie przejmuje - odpowiedział Heliogabal - Z pewnością będzie to najbardziej uodporniona dziewczynka świata. O ile oczywiście przeżyje... Pani spojrzała na Heliogabala ze zgrozą, a następnie się roześmiała. - Nawet nie będę pana pytała, czy chce się pan zastanowić nad tym mieszkaniem - powiedziała po chwili - Najgorszemu wrogowi nie kazałabym tu mieszkać... Heliogabal w pełni podziałał jej opinię. Niestety, ani na krok nie zbliżyło go do własnego lokum. Trzeba było szukać dalej... skomentuj (4) ![]() 2012-05-04 15:09:31 >> "Mieszkanie sprzedam..." Na oglądanie pierwszego mieszkania Heliogabal umówił się późnym wieczorem na - jak stało napisane w ogłoszeniu - "bliskich Bielanach". Przytomnie jednak spojrzał najpierw na plan miasta, z którego niezbicie wynikało, że miejsce, do którego ma dotrzeć, znajduje się prawie przy Hucie czyli na dalekich peryferiach miasta. Nie dywagując, czego w takim razie są bliskie owe Bielany i wyczytawszy, że rejony te cieszą się opinią "warszawskiego Bronxu" Heliogabal na wszelki wypadek wyszedł z pracy pół godziny wcześniej niż to uprzednio planował i do tego zaopatrzony w dziurkacz biurowy, stanowiacy jedyną broń, jaka wpadła mu pod rękę. Dziurkacz był zresztą solidny, duży, piekielnie ciężki i jako taki doskonały do walenia po łbie potencjalnych bandytów. Jak się rychło miało okazać, jedyną osobą, którą Heliogabal powinien jednak walnąć w łeb był... on sam. Wysiadłszy na Bielanach, dwa przystanki przed Hutą, Jego Cezarskość poczuł się jak w Bejrucie. I to bezpośrednio po bombardowaniu. Pusto, brudno, ciemno jak we wnętrznościach u Murzyna i do tego jeszcze niepokojąco cicho. Szare, wysokie blokowiska dopełniały atmosfery grozy. Czując się jak bohater horroru o zombie, Heliogabal odnalazł właściwy adres, pod którym czekał już pan pośrednik, reklamujący wcześnej telefonicznie mieszkanie jako "położone w bardzo ładnym miejscu z pełną infrastrukturą". Wziąwszy pod uwagę powojenny krajobraz wokół i fakt, że po drodze Heliogabal minął jeden, zamknięty i na wszelki wypadek zabity dechami, sklep, Jego Cezarskość z trudem pohamował okrzyk: "Czy Pan zwariował?!" i grzecznie się przywitał. - Jak pan widzi, osiedle jest dogodnie położone, miłe, blisko przystanku - powiedział pan pośrednik na dzień dobry, z miejsca murując Heliogabala, który z trudem zdołał zamaskować zażenowanie bladym uśmiechem. Prowadzony najpierw przez smętną, brudną i cuchnącą amoniakiem klatkę schodową, a następnie upchany w mikroskopijną windę ozdobioną elementami współczesnej sztuki graficznej (czytaj: hasłami "Legia pany" i "Waldek ciągnie druta za dychę"), Heliogabal miał już jako takie wyobrażenie o miejscu, w które podstępem go zwabiono, zapewne w niecnych celach. Mieszkanie, jakie ukazało się jego oczom po otwarciu drzwi z napisem "32", przerosło jednak wszelkie oczekiwania! Pierwotnie były to dwa pokoje. Pomysłowy właściciel (typ: protestujący pod sejmem obrońca telewizji Trwam, pamiętający czasy, kiedy po raz pierwszy weszły do mody jeansy-dzwony) przerobił je jednak na trzy pokoje i to takim pomysłowym sposobem, że wykroił część salonu na mini-sypialnię. Ponieważ jednak owa sypialnia stała się przy tej okazji pokojem przechodnim z - jak się wydawało - jedynym wejściem do kuchni i zarazem odcinała salon od reszty pomieszczeń, całość nie miała sensu. - I co? - zapytał zdumiony Heliogabal - Jak ktoś ogląda telewizję i chce sobie zrobić herbatę, to przełazi komuś, kto tu śpi nad głową? Oblicze gospodarza (a zarazem jak widać architekta) tego miejsca rozjaśniło się uśmiechem. - Przewidziałem to! - powiedział pan z dumą bijącą z każdego słowa - I znalazłem wyjście! Po czym podszedł do wyglądającej na zabudowaną ścianki w kuchni i, pociągnąwszy jedną z półek w swoją stronę, otworzył skamuflowane tam drzwi. Oczom Heliogabala ukazał się... kibel. - Jak ktoś śpi, to druga osoba może przejść tędy - powiedział pan z zadowoloną miną. Wyobraźnia Jego Cezarskości oczywiście ruszyła z miejsca z szaleńczą prędkością i przywiodła mu przed oczy widok przyjęcia rodzinnego, w czasie którego ktoś z gości pragnie uciąć sobie drzemkę oraz Pepe, który - serwując w tym czasie kolejne swoje dania zapasową drogą - mówi: "Ciocia, sobie nie przeszkadza! Ciocia sika dalej, ja tylko podam kawkę i ciasto!" Widok sikającej cioci i przełażącego jej nad głową obładowanego w wikuały Pepe sprawił, że Heliogabal z miejsca nabrał ochoty salwowania się ucieczką z tego, najwyraźniej tkniętego obłędem, miejsca. Pan wariat jednak uparł mu sie pokazać swój kolejny wiekopomny wynalazek, a mianowicie - jak go nazwał - "system szaf przedpokojowych". Sprawił tym, że Heliogabal popadł już kompletnie w panikę, uświadomił sobie bowiem, że w orgii takich samych drewnianych drzwi, składających się na ów "system" i połączonych przemyślnie jedne z drugimi, zagubiły mu się te wyjściowe i nawet, gdyby chciał, nie mógłby stamtąd uciec. W tej sytuacji zdanie pana pośrednika: "No już chyba starczy tego oglądania, nie będziemy zabierali panu więcej czasu", sprawiło, że jego autor nagle wydał mu się najfajniejszym czlowiekiem na planecie. Bielany Heliogabal opuszczał z uczuciem, że chyba przypadkiem trafił na coś najgorszego i już na bardziej idiotyczne mieszkanie raczej nie trafi. Najbliższa przyszłość miała pokazać, jak bardzo się mylił. skomentuj (0) ![]() 2012-04-07 10:02:14 >> Maraton Od wtorku rozpoczęliśmy nasz wielki maraton, którego trasa wiodła przez Petrę, Jerozolimę, Morze Martwe, Górę Nebo, słynące jako światowa stolica mozajek miasteczko Madaba oraz pustynię Wadi Ramm. Wizyta w wykutej w skałach w III wieku przed naszą erą stolicy państwa Nabatejczyków była marzeniem Heliogabala, od kiedy tylko zobaczył ją na fotografii – na pierwszym roku studiów archeologicznych. Moment, kiedy prowadzący przez półtora kilometra do miasta skalisty wąwóz zaczyna powoli ukazywać na swoim końcu zarysy symbolu Petry – Skarbca Al Chazne Jego Cezarskość wyobrażał sobie niezliczoną ilość razy i kiedy wreszcie sen się spełnił, przyznaje bez bicia – miał wilgotne oczy. Potem pozostały one wilgotne, tyle że od potu, bo po obejrzeniu skarbca wpadł nam do głowy pomysł wycieczki do kolejnego z symboli Petry – Klasztoru ad-Dajr. Na znajdującej się w naszym przewodniku mapce odległość do niego wyglądała na kusząco małą, więc nieśmiałą uwagę oprowadzającego nas po Petrze pilota, że do Klaszotru wiedzie 900 schodów, potraktowaliśmy z lekkomyślnym lekceważeniem. - Widać, to jakieś małe schodki – zawyrokował radośnie Heliogabal. I – jak łatwo się domyślić – nie musiał długo czekać, aby przekonać się, w jak dużym tkwił błędzie. Wykute w skale nierówne stopnie, prowadzące do ad-Dajr nadają zupełnie nowego znaczenia słowu „schody”. Po trzydziestu minutach pięcia się po nich, zrezygnowawszy dawno z ocierania potu z czoła i mając niejasne wrażenie, że serce bije mu nie tylko w klatce piersiowej, ale także w przełyku, obok wątroby, w łydkach oraz innych dziwacznych lokalizacjach, Heliogabal pomyślał, że prawdopodobnie przyjechał do Jordanii tylko po to, aby w tych skalistych pozostałościach po dawnych czasach zakończyć żywot. Pociechą był dla niego jedynie fakt, że – zważywszy na baśniowy pejzaż dokoła – pożegna się z tym padołem w wyjątkowo pięknej scenerii. - Ile jeszcze tych schodów? – zapytał z rozpaczą schodzące z góry i patrzące na niego ze współczuciem skośnookie turystki. - Ile stopni to nie wiem, ale jakieś czterdzieści minut to na pewno – dobiła go jedna z nich. Zdaniem Pepe w odpowiedzi Jego Cezarskość posłał jej spojrzenie, którego nie sposób było opisać. - Słuchaj, może zostań tutaj, siądnij sobie na kamyku, a ja szybko pokicam na górę, zrobię zdjęcia i wrócę – zaproponował cezarski towarzysz, od razu – jak łatwo się domyślić – doprowadzając tym Heliogabala do furii. Oburzenie spowodowane potraktowaniem go jak chromego, dychawicznego staruszka dodało Jego Cezarskości skrzydeł i przepchnęło przez pozostałe milion schodów w tempie godnym emerytowanej, ale jeszcze ciągle rączej łani. Po pokonaniu w sumie w obie strony tysiąca ośmiuset schodów w Petrze, dalej zwiedzanie poszło nam już z górki. Jerozolima zachwyciła nas jedyną w swoim rodzaju mieszanką wierzeń, religii, filozofii, stylów architektury – niemożliwą do powtórzenia w żadnym innym mieście niż to, o które wszystkie nacje świata biły się przez tysiące lat. Z kolei kąpiel w mającym konsystencję kiśla Morzu Martwym przy 14 stopniach i przy dmącym zimnym wietrze sprawiła, że zbliżyliśmy się o jedną sprawność do odznaki „Klubu Morsa” (choć z drugiej strony – samo morze było cieplutkie), a kosmiczny Wadi Ramm, niewątpliwie jeden z najbardziej oryginalnych zbiorów formacji skalnych, pokazał nam, że pustynia ma niejedno imię”. Kiedy przybywaliśmy do Jordanii, liczyliśmy po prostu na trochę odpoczynku. Otrzymaliśmy prawdziwą ucztę –i to zarówno tę duchową i religijną, jak i fizyczną. Od widoku Skarbca w Petrze i modlitwy nad Grobem Pańskim w Jerozolimie, poprzez szaloną jazdę jeepami w księżycowej scenerii Wadi Ramm, aż po pluskanie się w jacuzzi i wygrzewanie w saunie „Hiltona”, przeżyliśmy tydzień pełen emocji, zachwytów, uniesień, które składają się w sumie na jedno określenie: MAGIA. skomentuj (3) ![]() 2012-03-29 23:35:53 >> Jej piękne czarne oczy... Przed wyjazdem założyliśmy – jak zawsze – że tym razem więcej będziemy odpoczywać niż zwiedzać. I – też jak zawsze – zrobiliśmy odwrotnie. Zanim jednak ruszyliśmy w drogę, poniedziałek spędziliśmy w błogim lenistwie. Ponieważ pojawienie się kogokolwiek na publicznej plaży w stroju bardziej skąpym niż nadający się na wizytę u cioci na imieninach wciąż może w Jordanii wywołać zamieszki, turyści wywożeni są na odludną South Beach, gdzie mogą bez problemu wystawiać swe grzeszne ciała na promienie Słońca. Oczywiście, na plaży ma się wszelkie wygody – można skorzystać z pryszniców, przebieralni, dostać drinka i zjeść lunch. W czasie tego ostatniego czekała nas dodatkowe przeżycie natury, nazwijmy to, duchowej. Nie spodziewając się niczego złego zamówiliśmy sałatkę grecką oraz steka z frytkami i zaczęliśmy rozkoszować się widokami Morza Czerwonego i widocznego znakomicie na drugim jego brzegu izraelskiego kurortu Eljat. Pogoda jak na marzec była tego dnia wyjątkowo upalna, krajobraz w pełni zaspokajał nasze potrzeby estetyczne, a głośniki nad naszymi głowami huczały jakąś orientalną muzyką, dodatkowo podkreślając bajeczną wręcz atmosferę. W pewnym jednak momencie arabskie zawodzenia urwało jak nożem uciął, a do naszych uszu dobiegło coś niepokojąco znajomego… - Ty, ja to kojarzę…! – powiedział po chwili Heliogabal nieco zszokowany, a zarazem pełen podziwu dla swojej niesamowitej wiedzy muzycznej, obejmującej jak widać nawet i twórczość arabską. Pepe spojrzał na niego nieco dziwnie. - Pewnie, że to kojarzysz – powiedział – Przecież to są "Czarne oczy”! - Żartujesz?! Na potwierdzenie słów Pepe z głośnika rozległy się słowa: „Złe kilometry dzielą nas, lato umiera jesieni czas, w blaszany daszek tłucze deszcz…”. - Słuchaj, to jest jednak wyższy stopień egzotyki. Siedzisz kilka tysięcy kilometrów od Polski, w kolebce cywilizacji nad Morzem Czerwonym i słuchasz Iwana i Delfina – podsumował Pepe. Jak się miało okazać nieco później dawka egzotyki serwowanej ku uciesze narodu polskiego była o wiele większa, bo pan barman miał w repertuarze także m.in. „Białego misia” i „Nie było Ciebie tyle lat”. Przelotnie zastanowiliśmy się nawet, kto mu nagrał tak uroczą składankę. Sądząc po tytułach hitów – ktoś kompletnie głuchy, nienormalny, zawodowo zajmujący się organizacją wesel, ewentualnie pochodzący z Ostródy. Ochłonąwszy po Iwanie (i Delfinie) wieczorem zafundowaliśmy sobie prawdziwy festiwal arabskich teledysków w telewizji. - Jak oni rozpoznają te swojej gwiazdy? – spytał po kilkunastu minutach Heliogabal, podziwiając kolejną artystkę z policzkami tak napompowanymi, że aż zasłaniającymi oczy, wargami jak po pożądleniu przez stado os i gniazdem dopinek we włosach – Przecież one wszystkie wyglądają tak samo! - No, i wszystkie jak transwestyci – powiedział też wpatrzony z podziwem w ekran Pepe – Mam też wrażenie, że wszystkie śpiewają jedną piosenkę. A w każdym razie każda jedzie samochodem i płacze. - Też byś płakał, jakby ci chirurg wepchnął na raz cały roczny zapas kolagenu w usta – mruknął Heliogabal – Poza tym, gdzie oni mają tę muzułmańską skromność i ascezę, skoro każda z nich ma balony z plastiku? - A daj spokój z tą ascezą! – zdenerwował się Pepe – Zwłaszcza ascetyczny był ten koleś, który chciał nas namówić na „kawę”… Podobnie jak dwa lata wcześniej w Tunezji także i w Jordanii staliśmy się obiektem niedwuznacznych zaczepek i to znów ze strony płci brzydkiej. W przeciwieństwie jednak do poprzedniego razu, kiedy to składano nam propozycje wprost i bez ogródek, tym razem były one nieco bardziej zawoalowane. Cóż, jak wspomnieliśmy, Jordańczycy to wyjątkowo taktowny naród. Acz i – jak z tego wynikało – otwarty na „światowe nowinki”… skomentuj (0) ![]() 2012-03-25 22:20:47 >> Welcome To Jordan! - Czemu ci ludzie tak się tu na mnie gapią?! - powiedział z akcentem paniki w głosie Pepe, kiedy kolejni mijani na ulicy Arabowie o mało co nie dostali na jego widok najpierw wytrzeszczu oczu, a następnie skrętu szyi. - Pewnie zastanawiają się, kim jest ten przystojniak, obok którego idziesz - odpowiedział Heliogabal, wywołując u swojego przyjaciela gniewne parsknięcie. Jak się nieco potem miało okazać, Jego Cezarskość też wpadał wszystkim tubylcom w oko - tyle że jako Rusek obdarzony (cytując pana, obsługującego nas w hotelowej stołówce) "big red face with a big red nose". Kolejna nasza wyprawa zawiodła nas do kolebki chrześcijańskiego świata - miejsca, gdzie Mojżesz ujrzał Ziemię Obiecaną, Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa, a matka cesarza Konstantyna święta Helena ufundowała najstarszy z zachowanych po dziś dzień kościołów - Jordanii. O ile historię tego miejsca znaliśmy - jak wszyscy katolicy - na pamięć, a niektóre zabytki (na czele ze Skarbcem w Petrze) mogliśmy narysować nawet wyrwani ze snu o północy, o tyle oczekiwań co do tego, co tam zastaniemy, nie mieliśmy właściwie żadnych. Sprawdziwszy na mapie, że Jordania leży pomiędzy ogarniętą rewolucją Syrią, znajdującym się w stanie wojny z połową świata Izraelem oraz zbrojącym się atomowo Iranem, na wszelki wypadek nastawiliśmy się duchowo na wszystko - łącznie z pięciokrotnym codziennym schodzeniem do schronu. Przelotnie zastanowiliśmy się jedynie, czy oby nie zapisać się przed wyjazdem na krótki kurs obsługi karabinu maszynowego, ale ostatecznie daliśmy sobie spokój. Jedyne obawy natury praktycznej wyraził Pepe, stwierdzając: "Mam tylko nadzieję, że nie będą mnie tam tak wciągali do sklepów jak w Tunezji". Jego życzenie się spełniło, bo jordańcy sprzedawcy do kwestii dokonywania przez turystów ewentualnych zakupów odnosili się z równą obojętnością co panie w warszawskich supermarektach. Acz niewątpliwie byli od owych niewiast o wiele bardziej uprzejmi i sympatyczni. Co zaś się tyczy kwestii bezpieczeństwa, to poza lekkim zdziwieniem, że na lotnisku wszystkim przyjeżdżającym wykonuje się gustowną fotografię, a przy wejściu (każdym!) do hotelu trzeba oddać torbę do prześwietlenia - przez cały tydzień pobytu nie zdarzyło się nic godnego odnotowania. - Gdybym nie wiedział, że dokoła wojna goni wojnę, to nigdy bym się tego nie domyślił - podsumował wszystko po kilku dniach Heliogabal, urzeczony atmosferą błogiego spokoju, panującą w Akabie, jedynym jordańskim kurorcie, przeżywającym - co dało się zauważyć na każdym kroku - prawdziwy rozkwit. Od ilości stawianych tam luksusowych obiektów można była dostać oczopląsu. Swoje obiekty budowali tam wszyscy - Radisson, Movenpick, Marriott czy Hilton (w którego hotelu mieliśmy zresztą okazję gościć). Westin poszałał zaś do tego stopnia, że najwyraźniej postanowił wybudować drugą Akabę, a przynajmniej na to wskazywał rozmiar i rozmach stawianej przez niego inwestycji. - Wyobraź sobie, że przyjeżdżasz tutaj, a pan na recepcji mówi ci: "Na stołówkę jest bardzo blisko. Pójdzie pan tylko kilomtetr prosto tą alejką, potem za fontanną w kształcie Sfinksa skręci pan w prawo, pójdzie pan kolejne dwa kilometry, a potem za piramidami ze trzy w lewo i już ma pan tylko kilometrzyk prościutką dróżką na stołówkę" - podsumował ogrom dzieła ze zgrozą Heliogabal. - A jak się zgubisz, to zanim odnajdziesz drogę do swojego pokoju, tydzień wakacji jak nic masz z głowy - dodał Pepe, po czym dodał z lekkim smutkiem: Ale to już nie będzie to samo... Nie sposób nie było się z tym nie zgodzić. Akaba w takiej postaci, w jakiej jest teraz - zaniedbanego, niezbyt czystego, bazarowego arabskiego miasteczka - ma sobie wielki urok. Urok, który zniknie, gdy światowe korporacje przerobią ją w wymuskaną i opływającą luksusem centralę McDonaldsa, Burger Kinga i nocnych klubów, grających Davida Guettę. My życzyliśmy Akabie, aby czas dla niej stanął w miejscu, razem z Jordankami, kąpiącymi się w morzu w pełnym ubraniu ("Wyglądają w tej wodzie jak takie czarne wrony" - zauważył nasz rezydent), Arabami uprawiającymi tuż przy plaży warzywa (co początkowo wzięliśmy za swoistą próbę rewitalizacji tegoż miejsca) czy pięciokrotnym codziennym wezwaniem na modlitwę, rozlegającym się po całym mieście z takim natężeniem, jakby wyznawcy Mahometa cierpieli na daleko posuniętą głuchotę. To były "smaczki", które nas zachwyciły i bardziej niż wątpliwe jest, czy równie bardzo za rok, dwa spodoba nam się w Akabie "Arab Burger z dużymi frytkami plus Coca Cola za jedyne 2,99 dinara". skomentuj (0) ![]() 2012-02-19 15:37:07 >> Poszukiwania - cz. I Jego Cezarskość musi znaleźć sobie nowe lokum. Dowiedział się o tym tak mniej więcej roku temu. I choć właściciel mieszkania, którym Heliogabal gospodarzy już od pięciu lat, dodał do tej wieści słowa: "A na wiosnę wymienimy okna!", które wskazywać mogły na to, że jednak żartuje (bo okna wymienia odkąd sięga Heliogabal pamięta i słowa ta stały się synonimem dobrego dowcipu), to jednak Jego Cezarskość lekko się przejął. Jeszcze bardziej przejęła się jego matka, która z miejsca zaczęła rozsiewać dokoła wizje swej pociechy śpiącej w tekturowych kartonach pod Mostem Poniatowskiego, bratającego się z tamtejszą żulią i spożywającego w jej towarzystwie denaturat, a najlepszym przypadku wodę brzozową. Na nic zdały się tłumaczenia, że Poniatowszczak to teraz najbardziej trendy miejsce w stolicy i do otwartego tam baru przychodzi nawet młody Komar, a dostanie wody brzozowej graniczy z cudem - matka dostała szału i już. Czym prędzej wystawiła na sprzedaż naszą rodzinną chatę i przy kolejnych potencjalnych kupcach sprawiała wrażenie tak zdesperowanej, aby je opchnąć, jakby co najmniej chwilę wcześniej odkryła w piwnicy niewybuch z czasu II wojny światowej. Jej desperacja wzrosła jeszcze bardziej, kiedy - szukając dla siebie nowego miejsca do życia - znalazła w Milanówku lokum, które śniło jej się po nocach czyli przestronne, nowoczesne mieszkanie z ogromnym tarasem i całkiem pokaźnym miejscem na ogródek. Wizja siebie z łopatą i grabiami w dłoniach, sadzącej, pielącej, nawążącej, a następnie wypoczywającej w czymś na kształt babilońskich ogrodów Semiramidy, sprawiła, że cezarska matka dostała ataku szału i mieszkanie w stolicy sprzedała w rekordowo krótkim czasie. A następnie w jeszcze szybszym tempie przeniosła się do Milanówka, zabierając ze sobą jedynie rzeczy osobiste i nieco tym wszystkim zszokowanego kota, który zostal ogłupiony zainstalowanymi w nowym miejscu nieco wcześniej feromonami. W taki miły sposób Heliogabal pożegnał się co prawda na zawsze z miejscem, w którym spędził całe dzieciństwo i sporą część młodości, ale za to zyskał sporo funduszy na znalezienie sobie czegoś własnego na kolejne lata życia. Raźno przystąpił więc do poszukiwań. Jak się jednak szybko okazało posiadanie pieniędzy i dobrej woli to za mało, aby szybko znaleźć mieszkanie. A przynajmniej - w Warszawie...
skomentuj (4) ![]() 2012-02-06 23:34:32 >> Zimno Heliogabal zawsze twierdzil, że jako dziecko zimy (urodzone w styczniu) o wiele lepiej znosi temperatury poniżej zerowej kreski na termometrze niż te, które za bardzo szybują czerwonym szlaczkiem w górę. No i teraz ma za swoje, bo Matka Natura najwyraźniej postanowiła mu udowodnić, jak bardzo się mylił. Dzień Jego Cezarskość rozpoczyna więc ostatnio na szczycie Tatr zwanym jego małym pokojem. Ma on tę cechę charakterystyczną, że wieje w nim wiatr. Jeszcze do niedawna był to halny, w dodatku wyśpiewujący w nieszczelnych oknach sprzed stu lat (właściciel mieszkania już trzecią wiosnę zapowiada, że "trzeba będzie jakoś je wymienić", przy czym brzmi to jak zapewnienia rządu, że "przygotowania do Euro idą pełną parą i na pewno ze wszystkim zdążymy") jakieś dziwaczne melodie, kojarzące się z wczesną tworczością Kate Bush. Obecnie siła wiatru nieco zmalała, a to za sprawą Pepe, który wepchał w szczeliny okna watę i całość zakleił taśmą (wersja przezroczysta). Przez biały puch wiatr przedziera się z nieco mniejszym natężeniem, acz nadal bez trudu potrafiącym poruszyć firanki, tudzież w ciągu minuty zamienić gorącą herbatę w ice-tea. Następnie Heliogabal udaje się do redakcji, obecnie bardziej zasługującej na miano kostnicy. Z reguły wita go tam już widok przychodzącej nieco wcześniej od niego koleżanki Iwony, zawiniętej szczelnie w koc i w tym image'u nasuwającej nachalne skojarzenia z więźniami wywożonymi w kibitkach na Sybir. Jego Cezarskość codziennie na dzień dobry robi popełnia ten sam błąd, a mianowcie rozdziewa się z kurtki, rękawiczek i szalika, tylko po to, aby po minucie z powrotem wszystko to na siebie nadziać z powrotem. Po stu interwencjach i udaniu się połowy zespołu na zwolnienie lekarskie, dzisiaj wreszcie szefostwo doszło do wniosku, że zamiana redakcyjnych komnat w lodowe jaskinie wbrew oczekiwaniom nie wpływa dobrze na poprawę jakości pracy i w związku z tym przysłało nam - jak to się wyraziło - speca. Spec, wysoki i sprawiający wrażenie mocno oderwanego od rzeczywistości młodzian zaopatrzony w śrubokręt, przyszedł i rozkręcił tajemnicze urządzenie grzewcze, stanowiące do tej pory najzimniejszy element naszego pokoju. Z rozkręconego urządzenia natychmiast wyleciała mniej więcej tona kurzu, zebranego tam przez ostatnie lata, kiedy zimno nie dawało sie tak we znaki. Cieplej się nie zrobiło, za to brudniej - na pewno. Niezrażony młodzian kontemplował przez długą chwilę z tajemniczym wyrazem twarzy odsłoniętą zawartość urządzenia, majstrując sobie przy tym śrubokrętem w okolicach ucha. Chcąc nie chcąc razem z Iwoną i Arturem też zapatrzyliśmy się w to ustrojstwo, a że miny wszyscy mieliśmy przy tym zamyślone, to z daleka zapewne wyglądąło to jakbyśmy pozowali do jakiegoś obrazka rodzajowego w stylu "trzej królowie i panienka nad kołyską". Niestety, cud nie nastąpił i ustrojstwo od samego naszego wzroku nie raczyło się uruchomić. Po godzinie dostaliśmy więc nowy wynalazek, wyglądający jak mały ruszt. Zastanawialiśmy się nawet przez chwilę, czy ma on związek z zapowiedzianą na dzisiaj wizytą Grycaneki i na przykład posłuży za ołtarz ofiarny, a w związku z tym, czy nie należałoby natychmiast dać stamtąd nogi, ale po chwili okazało się, że ruszt ma nieco mniej okrutne przeznaczenie. Należy go postawić na bok, włączyć i czekac aż przerobi ziąb w naszym pokoju w hawajskie tropiki. Z nadzieją wykonaliśmy to polecenie i nasz pokój w mgnieniu oka wypełnił się zapachem palonego plastiku, takim jak daje zbyt długo używana lokówka elektryczna, tyle że mocno spotęgowanym. W taki sposób pod koniec dnia osiągnęliśmy apogeum, pracując co prawda nadal w zimnie, ale z dodatkiem kurzu i w fetorze, jakbyśmy palili w kominku laleczkami Barbie. A na koniec, wracając do domu, Heliogabal pomny tego, że jak jest zimno należy oddychać w szalik, nachuchał tak, że mu się frędzelki na amen przylepiły do hiszpańskiej bródki. Jego Cezarskość nadal lubi zimę. Ale jakby temperatura wzrosła o kilka kresek, lubiłby ją o wiele bardziej... skomentuj (0) ![]() 2012-01-04 10:37:35 >> Jodlen Gruppen - Fajnie, że dojechałaś - powiedział Heliogabal, usiłując przemocą wyrwać Ani jej bagaż, co niewątpliwie na osobach postronnych sprawiało wrażenie, że dokonuje na niej jakiegoś napadu rabunkowego - Dzisiaj odwaliliśmy shopping, a na jutro zaplanowaliśmy zwiedzanie muzeum rękodzielnictwa i sztuki Bawarii... - Jak to odwaliliście? Jakiej znowu Bawarii? No co ty gadasz... - Ania wyglądała na mocno oszołomioną. Nic zresztą dziwnego, wziąwszy pod uwagę, że pół nocy spędziła malowniczo rozłożona przed swoim sedesem, robiąc szybki przegląd dań z ostatniego tygodnia, wydalanych odwrotną od zwyczajowej drogą, a następnie - spóźniwszy się na pociąg do Berlina na 6:55, jechała tym osiem godzin późniejszym, na który bilet i tak zdobyła cudem, bo w końcu zbliżał się Sylwester i do stolicy Niemiec pchała się połowa Polski. - No tak, shopping już zaliczony, ja mam buty jak lider Guns'n'Roses, Pepe wykupił już całe WE, a Aga ma koturny jakby się szykowała na casting do Spice Girls - powiedział Heliogabal, nawet specjalnie nie mijając się z prawdą - Na jutro zostawiliśmy sobie atrakcje kulturalne... Muzeum rękodzielnictwa, potem garncarstwa tyrolskiego i bardzo interesującą wystawę zapasek ludowych z Lotaryngii... A wieczorem idziemy na koncert Jodlen Gruppen... - Czego?! - Jodlen Gruppen - powiedział Heliogabal, starając się zachować kamienny wyraz twarzy - Najpopularniejszy zespół północnego Tyrolu, mistrzowie jodłowania... Wzrok Ani przeszedł z Heliogabala na Agę i Pepe. Ci jednak też mieli nieodgadnione miny. - Ale jak to... jodłowania? - powiedziała słabo. - No takie youuulalalaaaaa - wyjaśnił Heliogabal - Trzygodzinny show w ich wykonaniu to według ulotki prawdziwa uczta dla każdego melomana. A poza tym dostaliśmy bilety na ich koncert jako bonus do biletów komunikacji miejskiej. Nie sposób przepuścić taką okazję... - Ilu godzinny? - Ania zgodnie z przewidywaniami Heliogabala wyłapała z jego paplaniny najistotniejszą informację. - Trzygodzinny - powtórzył Heliogabal. - Ale z dodatkowymi dwoma dwudziestominutowymi antraktami, więc właściwie cztero - wtrąciła się Aga. Ania w milczeniu przetrawiała wiadomości, sprawiając przy tym wrażenie, że właśnie rozważa, czy oby z miejsca nie wrócić do ojczyzny. Gdyby nie fakt, że pociąg już odjechał, pewnie natychmiast z powrotem by do niego wsiadła. - Ale pójdziemy chociaż do Desiguala? - spytała nieco bezradnie. - Nie. Już tam byliśmy. Nic nie ma - powiedział Heliogabal. - Poza tym, ile razy można oglądać te kolorowe ciapki? - skrzywił się Pepe. - No nie żartujcie... W kamiennym milczeniu przemierzaliśmy odległość dzielącą Hauptbahnhof od Hotelu Savigny, w którym tradycyjnie już się zatrzymaliśmy. Heliogabal zastanowił się, czy Ania ma już dość, czy też w ramach słodkiej zemsty za poranne nerwy i niestawienie się na czas na pociąg dołożyć jej jeszcze informację o tym, że w hotelu nie ma ciepłej wody. - Ona ma wokalistkę - oglosił wreszcie ponurym tonem. - Kto?! - Jodlen Gruppen - powiedział Heliogabal - Helgę Krugger. Ma siedemdziesiąt dwa lata. Żywa legenda. Właściwie już trochę półżywa, ale ciągle daje radę. Czasem tylko zapomina tekstu i wtedy trzeba zaczynać koncert od początku... - Dlatego trzeba być przygotowanym na ponad cztery godziny - podjął Pepe - uprzedzano nas o tym... Ania wyglądała na doprowadzoną na skraj rozpaczy. - Ale ja chciałam iść do Desiguala i obejrzeć wystawę Helmuta Newtona - jęknęła. - Oj tam, będziesz oglądała jakieś babskie kończyny bez reszty kadłuba - zgorszył się Heliogabal - A do Desiguala możemy zajrzeć przelotem. Będziemy mieli akurat kwadrans przed koncertem Jodlen Gruppen... Jak łatwo można było przewidzieć z Jodlen Gruppen zrobił nam się lejtmotyw całego wypadu do Berlina. Zresztą - całkiem udanego. Bo pomiajając 2,5 miliona osób, które podobnie jak my wpadły na pomysł, że Sylwestra najlepiej spędzić pod Bramą Branderburską oraz drobny fakt, że po obejrzeniu tysiąca fotografii Newtona Jego Cezarskość ma teraz przekonanie, że modelki składają się jedynie z nóg, było pysznie. I to dosłownie, wziąwszy pod uwagę dania w hinduskiej restauracji - a zwłaszcza zupę, do której dodano więcej ziół niż Heliogabal umie w ogóle wymienić. Po prostu - palce lizać! skomentuj (3) ![]() 2011-11-25 23:03:30 >> Oscary Heliopolis - 2011 r.
skomentuj (2) ![]() 2011-11-25 22:55:39 >> Grammy Heliopolis - 2011 rok
skomentuj (0) ![]() |